Absurdalna historia bez tytułu FRAGMENT

Nie chowaj swoich wierszy do szuflady - pokaż je nam!

Moderatorzy: hanka, paul_proteus, President

Absurdalna historia bez tytułu FRAGMENT

Postprzez CrazyVirus » 30 listopada 2013, 21:54

Notka od autora
Witam. Jakoś przez ostatnie lata nie miałem zbytnio weny i motywacji żeby coś napisać. Wiem, że niektórzy znają moje inne teksty. Dzisiaj podczas drzemki przyśniło mi się coś co wydało mi się na tyle sensowne, że można z niego stworzyć ciekawe (mam nadzieje) opowiadanie. Historia absurdalna i miejscami wręcz niemożliwa do "wydarzenia się". Prezentuje wam mały fragment. Potraktujcie to z przymrużeniem oka. W miarę możliwości i jeśli będzie zainteresowanie opublikuje więcej. Tytułu na razie nie ma. :)

P.S Jeśli zauważycie błędy to piszcie, poprawię. Pisałem na szybko więc pewnie się wkradły.

Wakacje w roku 1976 zbliżały się wielkimi krokami. Ostatnie dni w szkole polegały głównie na rozmyślaniu o planach na ten wolny czas. Ja osobiście sceptycznie nastawiony do tego, poświęcałem (właściwie to marnowałem) swój szkolny czas na sen. Jednak mój wiek (17 lat), obligował mnie wręcz do przeżycia jakiejś wakacyjnej przygody.

Wszystko zmieniło się początkiem lipca. Poniedziałkowy poranek prócz słońca powitał mnie telefonem. To znajomi zadzwonili do mnie i zaoferowali “kulig pontonem” ciągniętym przez leciwego Fiata 126p po piaskowej drodze w pobliżu dużego lasu. O tym lesie nasłuchałem się wręcz legend przekazywanych przez dziadków, rodziców a mianowicie o tym, że przed I Wojną Światową znajdował się tam stary zabytkowy kościół, który został doszczętnie spalony. Ocalały podobno podziemia o których mówili mi przyjaciele podczas swoich wypraw. Mieszkańcy byli wysiedleni z okolic. Z czasem ruiny zostały obrośnięte nowymi drzewami I pochłonięte przez las. Dodatkowym hamulcem blokującym wybranie się tam był fakt, że jeszcze po lasach walały się resztki niewypałów wojennych których wybuch pozostawiłby co najwyżej czerwoną plamę krwi po osobniki który go dotknął.
Lekko zażenowany pomysłem, ostatecznie zgodziłem się. Spakowałem do plecaka trochę kanapek, wodę mineralną I wyruszyłem we wtorek rano we wskazane miejsce. Moim oczom ukazał się pagórkowaty, niezaludniony teren pokryty gęstym lasem sosnowym, który przecinała piaszczysta droga. Przed wjazdem leżał ogromny wojskowy ponton przywiązany na linach do haka samochodu a w środku siedzieli jakieś podrostki z dziewczynami. Z daleka usłyszałem głosy swoich znajomych:
- Nad czym tak rozmyślasz, wskakuj I jedziemy! Chyba się nie cykasz?
- Oczywiście, że nie, zamyśliłem się po prostu!

Zająłem miejsce wraz z 10 znajomych w dmuchanym pontonie I oczekiwałem na rozwój wydarzeń. Samochód szarpnął I ruszyliśmy rozpędzając się. Dookoła było bardzo głośno I unosiły się tumany piaskowego kurzu. Poczuj się jak na Dakarze – pomyślałem.
Tym czasem pasażerowie mieli przednią zabawę. Walali się z jednej strony na drugą przez co ponton ślizgał się po całej drodze. Ja cały czas rozmyślałem na temat ruin znajdujących się w lesie. Usłyszałem tylko dobiegającą gdzieś z tyłu komendę:
- Na trzy cztery wszyscy podskakujemy!

Właśnie! Podskakujemy – to słowo mnie zgubiło, bo oni tak na prawdę zeskoczyli z pontonu. Dopiero wtedy odzyskałem świadomość, że jestem w nieciekawej sytuacji. Nim się obejrzałem, na zakręcie lina urwała się I wraz z całym pontonem ruszyłem w głąb lasu. Najpierw były drzewa, później polana I znów drzewa. Uwierzcie, że nie miałem nawet czasu obmyślić planu uratowania własnego tyłka. Co było później? Sam nie wiem, prawdopodobnie w wyniku uderzenia straciłem przytomność. Obudziłem się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Ciemne, zimne, cuchnące stęchlizną ze schodami po których prawdopodobnie spadłem. U góry schodów pulsowało światło I dobiegał śpiew ptaków. Spojrzałem na swoje ciało, z trudem ale dostrzegłem kilka siniaków I otarć. Mogło być gorzej – pomyślałem. Cholera! Przecież to mogą być osławione mury podziemia starego kościoła. Absurdalna historia? Też tak pomyślałem na początku. Biegiem po schodach wyszedłem na zewnątrz I zacząłem penetrować ponton w poszukiwaniu latarki. Jest! Silne światło pomogło mi obejrzeć pomieszczenie jednak nie dostrzegłem w nim niczego niezwykłego. Bałem się, ale pokusa sprawdzenia gdzie prowadziły kolejne schody w dół była zbyt silna. Uległość wobec tej pokusy niemal mnie zgubiła. Gdy już ruszyłem w dół, dostrzegłem, że schody prowadzą do czegoś na tył klatki schodowej w kamienicy, gdzie znajdują się poszczególne poziomy. Naliczyłem ich tylko 4. Schody były kręte I śliskie, wykonane z kawałków kamieni połączonych dziwną zaprawą. O dziwo zachowane w niezłym stanie z drobnymi tylko wyszczerbieniami. Na ostatnim poziomie stało się coś co zmroziło mi krew w żyłach. Usłyszałem szepty ludzi! Zniekształcone z pogłosem, poprzez fakt odbijania się dźwięku od gołych ścian. Co gorsza one zaczęły do mnie przemawiać

- Kto tam jest, wychodź natychmiast! Zniekształcony krzyk dobiegał gdzieś z końca korytarza na ostatnim poziomie.
To chyba jakiś koszmar pomyślałem I zacząłem rzucać światłem latarki na wszystkie strony próbując zlokalizować miejsce skąd uderzy osobnik a jednocześnie wycofywać się po schodach. Głos był coraz bardziej słyszalny I w końcu światło padało na niego. Był ubrany w sutannę a obok niego byli jacyś dwaj przypominający archeologów, dźwigający narzędzia.
- Stój natychmiast! Dzwońcie po milicje! Tutaj nikt nie może wejść!
Biegłem po schodach uciekając przed nimi. Nie wiedziałem kim oni tak na prawdę są I czego tam szukali. Dopadli mnie u samego wyjścia...
Avatar użytkownika
CrazyVirus
Przyjaciel Forum
Przyjaciel Forum
 
Posty: 303
Dołączył(a): 22 czerwca 2009, 08:33
Lokalizacja: https://www

Powrót do Wiersze i opowiadania

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości